Pamiętam jak na majowym plenerze malarskim, którego tematem były bagna Puszczy Boreckiej, usiadłam tuż na skraju kwitnącej wody. Jej kolor uporczywie coś mi przypominał. I dopiero w zeszłym tygodniu, kiedy szykowałam deser na rodzinną uroczystość, zdałam sobie sprawę że mokradła były dokładnie koloru pistacjowej pasty! Nigdy wcześniej nie miałam przyjemności spędzić dłuższego czasu w tego typu środowisku. Bagna mają w sobie coś magicznego i tajemniczego. Ich mikroklimat jest bardzo przyjemny, a jako natrualne systemy chłodzenia i przechowywania węgla zasługują na miano cichych bohaterów w walce z kryzysem klimatycznym.
Tak więc od teraz pasta pistacjowa kolarzyć mi się będzie z puszczańskim malowaniem, którego rezultat widzicie na zdjęciu. Nie da się też chyba niezauważyć bezy z kremem pistacjowym i porcją czerwonych porzeczek ;) Mój repertuar bezowych wypieków właśnie się powiększył i z przyjemnością dzielę się z Wami kolejną recepturą.


























